Głos Wileński Nr 21, 22 maja 1927
Jewsiewicze, (pow. Lidzki).
Bardzo pocieszającem jest, gdy młodzież coraz to więcej zaczyna rozumieć życie społeczne i coraz więcej garnie się do oświaty i godziwej rozrywki. I oto w najbardziej może cichym zakątku w Jewsiewiczach, w dniu 3-go Maja b. r. w celu uczczenia święta narodowego, Konstytucji 3-go Maja, staraniem miejscowego nauczyciela,p. Władysława Opolskiego, przez młodzież miejscową zostało urządzone przedstawienie amatorskie p. t. „3-ci Maj". Młodzież ochoczo zabrała się do urządzenia tego przedstawienia. Z braku większego lokalu urządzono scenę w stodole i tam zostało ono odegrane. Przed przedstawieniem nauczyciel, p. Wł. Opolski inicjator przedstawienia, wygłosił krótkie a gorące przemówienie o Konstytucji 3-go Maja, które wywarło na obecnych silne wrażenie. Przedstawienie udało się pod każdym względem, chociaż grający pierwszy raz w życiu występowali. Dochodu z przedstawienia zebrano około 23 zł., które zostaną obrócone na bibljotekę szkolną w Jewsiewiczach. Po przedstawieniu odbyła się zabawa taneczna, na której młodzież zachowała się wzorowo i tańczono do godziny przepisanej przez ustawę „stowarzyszenia Młodzieży Polskiej". Na zakończenie odśpiewauo „Rotę“ M. Konopnickiej i młodzież podniesiona na duchu rozeszła się do domów. Następnie w dniu 8 maja b. r. odbyło się tamże zebranie organizacyjne zastępu Stowarzyszenia Mł. Polskiej. Na zebrania przyszedł ksiądz patron Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej w Krupie i swoim krótkiem a gorącem przemówieniu zachęcał młodzież do pracy na polu społecznem i oświatowem. Następnie druh sekretarz St. Mł. P. w Krupie wygłosił odczyt p. t.: „Co mnie daje Stow. Mł. Polskiej”, w którem jasno przedstawił, jakie korzyści Stow. Mł. daje.
Zorganizowano więc zastęp Stow. w Jewsiewiczach. Członków czynnych zapisało się około 25-ciu. Na zakończenie zebrania odśpiewano „Rotę". A więc do pracy młodzieży polska, organizujmy się w Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej, a miejmy niezłomną nadzieję, że praca nam pójdzie gładko i wyda pożądane rezultaty.
Bernard Bukatko
sekretarz St. Mł. P. w Krupie.
Głos Wileński nr 22, 29 maja 1927
Jewsiewicze, (pow. Lidzki).
Jewsiewicze, to bardzo duża wieś, licząca coś z 80 domów, z których wiele bardzo ładnych tak, że nie są gorsze od domów miejskich. Zamieszkuje Jewsiewicze przeszło 500 dusz. Mamy tu swoich rzemieślników: kowali, stolarzy, szewców, krawców (męskiego i damskiego), a nawet introligatora (oprawiacza książek). Brakuje nam tylko zduna, do robienia i naprawy pieców, bo teraz już nie mamy domów z piecami bez kominów, jak to było za czasów naszych dziadów, kiedy to dym oczy wyjadał. Dawniej tylko panowie we dworach mieli takie domy, jakie my dzisiaj mamy. Szkół w Jewsiewiczach jest obecnie dwie, lecz do 1921 roku była tylko jedna, choć dzieci chodziło bardzo dużo, bo przeszło 100. W roku 1924 założono szkołę drugą, lecz mała wówczas była pociecha z nauki, bo nauczycieli mieliśmy słabych, którzy zaniedbywali swoje obowiązki i bardzo często dziatwa po przyjściu do szkoły czekała do wieczora i rozchodziła się do domu, nawet nie widząc p nauczyciela. Szczególnie cierpiały dzieci, które do szkoły przychodziły z sąsiednich wiosek odległych nieraz o 2—3 kilometry. Marnowała się też u nas bibljoteka, rządowa, bo nikt książek nie wydawał. Tak trwało do jesieni 1926 r„ kiedy-to zamianowano do naszej szkoły p. Władysława Opolskiego. Takich nauczycieli, jak p. Opolski chyba mało. Zjednał on nietylko dzieci, lecz i starszych, a po godzinach nauki w szkole pracuje z młodzieżą i zorganizował w Jewsiewiczach „Stowarzyszenie Młodzieży Polskiej" i naszą niesforną, często nieposłuszną i psotną młodzież urabia powoli na ludzi i dobrych obywateli Ojczyzny. Niech mu Pan Bóg w jego pracy błogosławi i wspomaga.
Kazimierz Musiejka
Głos Wileński nr 29. 17 lipca 1927
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
Mieliśmy niedawno wielkie, choć b. smutne wydarzenie. Od pioruna powstał pożar, który zniszczył stodołą Rozalji Wąsowiczowej, biednej wdowy. W stodole stała właśnie klacz, wozy, oraz znajdowały się wszystkie narzędzia rolnicze poszkodowanej. Cały ten dobytek spłonął. Syn Wąsowiczowej, pragnąc ratować konia, wpadł do płonącej stodoły, lecz nie ttiógł sobie dać rady i ledwie sam nie zginął, pod zawalającym się dachem. Pożar zagrażał całej wsi, bo budynki stoją ciasno, więc gdyby nie deszcz, to zapewne zapaliłyby się również i sąsiednie budynki. Lecz na szczęście wody było pod dostatkiem, a i ludzie zbiegli się odrazu, by nieść pomoc w nieszczęściu. Ale nieszczęścia zawsze chodzą w parze, bo prócz zniszczeń wyrządzonych przez ogień,Wydarzył się też nieszczęśliwy wypadek z jednym z mieszkańców wsi, który brał udział w gaszeniu pożaru. Człowiek ten, Adam Łukuć, zalewając ogień, zbytnio się zbliżył do palącej się stodoły i został przygnieciony przez walące się wiązania. Na szczęście miał na sobie ubranie z grubego płótna, które przytem było mokre, Więc to go uratowało, ale jednak, pomimo to odniósł ciężkie poparzenia i wydobyto go z pod płonących belek całkiem nieprzytomnego. Z pożaru tego jednak mamy pewną naukę, że trzeba przed piorunami się bronić. To też przyjęto z uznaniem myśl naszego sołtysa, p. K. Łukucia, by z każdego domu ściągnąć składkę na postawienie we wsi piorunochronów. Może w przyszłości przynajmniej unikniemy pożarów i szkód, które ogień powoduje.
Kazimierz Musiejka.
Głos Wileński nr 38, 18 września 1927
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
Najgorzej bywa, gdy ludzie mieszkają w pobliżu wielkich lasów, a szczególniej moczarów, gdzie gnieżdżą się wilki, od których ludność wiele strat i szkód ponosi. U nas w Jewsiewiczach niemal co dzień się wydarzają napady wilków na bydło, przyczem często tym drapieżnikom udaje się porwać owieczkę, prosię, a nawet i cielę lub źrebaka. Od maja tego roku pastwą wilków padło 30 sztuk owiec. Do jakiego zuchwalstwa dochodzą wilki najlepiej świadczy wypadek który miał miejsce 10 sierpnia, gdy kilka wilków napadło Da konie znajdujące się na pastwisku pod opieką pastuchów. Ci ostatni nie mogli sobie dać rady z napastnikami i dopiero, gdy na krzyki nadbiegli ludzie ze wsi, udało się odpędzić napastników, którzy zdołali jednak pokaleczyć 2 klacze, należące do p. Jana Kumincza i p. Marcina Kowalczuka. Walkę z plagą wilków utrudnia brak broni i dziwić się musimy, że władze tak niechętnie wydają pozwolenia na broń myśliwską. Przecież strzelba myśliwska to nie karabin, więc należałoby stosować mniej surowe przepisy w wydawaniu pozwoleń, bo inaczej wkrótce będziemy mieli wprost niezliczone stada wilków, o których w czasach przedwojennych prawie nie słyszeliśmy nawet.
Kazimierz Musiejka
Głos Wileński nr 46, 16 listopada 1927
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
We wrześniu powrócił do Jewsiewicz kierownik naszej szkoły powszechnej, p. Władysław Opolski. Bardzo wszyscy się u nas ucieszyli, że i w tym roku będzie w naszej szkole p. Opolski, którego wszyscy w Jewsiewiczach lubią i szanują bardzo. W październiku przybyła też nauczycielka, gdyż dzieci do szkoły chodzi więcej, jak stoi jest już w szkole 5 oddziałów. Jak już kiedyś pisałem, Jewsiewicze to bardzo duża wieś, licząca przeszło 80 gospodarstw i ciągnąca się na przestrzeni więcej, niż jednego kilometra. Ponieważ wieś pobudowana jest w pobliżu bagna, na nizinie, więc było u nas bardzo grzązko i brudno tak, że ledwie ulicą można było przejść, gdy nadchodziła dżdżysta pora jesienna, lub na wiosnę, gdy śniegi poczynały topnieć. W tym roku jednakże ludzie, nie żałując pracy rąk i czasu, nawozili piasku, kamieni i ulicę wybrukowali. Od tego czasu jakbyśmy się na nowo na świat narodzili. We wsi sucho, czysto i ładnie, bo przytem mamy wzdłuż całej ulicy dużo drzew nasadzonych. Ludzie i bydło swobodnie przez wieś przechodzą, gdy dawniej trzeba było z kamienia na kamień skakać, lub wprost tonąć w kałużach i błocie. Wieś nasza dała pod szkołę 1 hektar ziemi, położonej w bardzo ładnym miejscu i blizko wsi, bo zaledwie o jakie ćwierć kilometra i jeżeli Pan Bóg pozwoli niezadługo zaczniemy budować.
Kazimierz Musiejka
Głos Wileński nr 5, 29 stycznia 1928
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
W dn. 5, 6 i 8 stycznia r. b. Stowarzyszenie Młodzieży Polskiej, przy pomocy miejscowego nauczycielstwa zorganizowało w Jewsiewiczach przedstawienie teatralne Jasełka oraz zabawę taneczną. Na przedstawieniu byli obecni nauczyciele i nasz ukochany ks. Proboszcz Sobolewski z Krupy.
Musiano to przedstawienie urządzać przez 3 dni, gdyż chciało na nim być tak dużo osób, że w małej sali, jaka u nas jest nie mogli odrazu się pomieścić.
Widać i wilki chciały się zabawić, gdyż p. nauczyciel, po wyjściu z zabawy, spotkał na podwórzu aż 3 wilki. Jest tu u nas tego bardzo dużo i wkrótce na ludzi zaczną napadać, gdyż przychodzą aż do wsi. W listopadzie r. z. aż na podwórze p. J. Musiejki w Jewsiewiczach przyszedł wilk i porwał świnię i coraz częstsze są wypadki porwania przez wilki owiec, świń, cieląt i psów. We wsi jakby nie było psów, bo te co zostały, to ze strachu chowają się na strych. Dawniej u nas we wsi posiadano broń, teraz, z;powodu trudności dostania pozwolenia, nikt jej niema. Wprawdzie w dn. 31 grudnia r. z. urządzano w naszych stronach obławę, lecz wilki na myśliwych nie wyszły, a wieczorem ku zdziwieniu wszystkich podeszły 4 wilki, aż pod same mieszkania. Wszyscy w Jewsiewiczach cieszymy się, że tak porządnych i dobrych ludzi jak p. Anna Godziełówna i p. Wł. Opolski mamy za nauczycieli. Niech im Pan Bóg dopomaga w pracy i da zdrowie, gdyż mało gdzie tacy nauczyciele się zdarzają.
J. Musiejka.
Głos Wileński nr 10-a, 04 marca 1928
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
Wieś Jewsiewicze jest odległa o 14 klm. od miasta Lidy, a niedaleko małej rzeki Dzitwy. Miejscowość nasza położona na równinie, gdzie na nizinach ciągną się pola uprawne. Łąki prawie wszystkie są błotniste i grząskie. Są też kawałki nieużytków, jak naprz.: zarośla i grząskie niedostępne bagna. Posiadamy trochę lasu, ale i ten z biegiem czasu niszczeje, bo niegodziwi ludzie niszczą, kradnąc sąsiadowi, wyrządzając mu wielką krzywdę. Do opału domów i gotowania używamy drzewa. Domy budujemy z grubych sosnowych kloców. Nowe domy są bardzo ładne tak, że i w mieście nie są lepsze.
Wioska nasza składa się z 25 gospodarstw. Przeciętnie każdy gospodarz posiada 15 dziesięcin (hektarów) ziemi. Do uprawy gruntu używamy sochy i brony, lecz powoli zamieniamy na pługi. Zboże młócimy wszyscy cepami, bo młócarni nikt nie posiada. Nawozów sztucznych nie używamy, pola nawozimy obornikiem, a na miejscach piasczystych pod żyto siejem łubin. Zajmujemy się też hodowlą zwierząt domowych, na swój użytek, a także i na sprzedaż, bo z tego przeważnie mamy cały dochód.
Rzemieślników mamy we wsi rozmaitych: mianowicie: stolarzy, krawców, (krawcowe) kowali, szewców, cieślów i introligatora. Wszystko to są nasi chłopcy wioskowi, pracują oni w domu. Istnieje drobny przemysł na swój użytek, jak wyroby ze lnu, tkactwo i koszykarstwo. Mamy 2-klasową szkołę powszechną. Dzieci do szkoły uczęszcza dosyć dużo. Jest także bibljoteka szkolna, w której są rozmaite książki. Czytamy je z ochotą i pożytkiem. Nasza wioska ma wypisane tylko 2 egzemplarze gazet ludowych, mianowicie: „Głos Wileński" i „Przewodnik Katolicki". Żadnych lekarzy, felczerów, ani aptek blisko nie mamy, bo aż w Lidzie. Do kościoła mamy 6 klm. Nowy nasz kościół został zbudowany staraniem czcigodnego naszego proboszcza, który budując nie szczędził swoich trudów, ni pracy.
Jan Biruk
Głos Wileński nr 13, 25 marca 1928
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
Wioska nasza, położona w malowniczej, chociaż nędznej okolicy. Duża nasza wieś liczy coś 74 domów. Ludność naszej wioski składa się z katolików, żyję w dostatkach, chociaż nie jest bardzo zamożna. Jednak ludzi oświeconych i wykształconych u nas mało. Mieszkańcom naszej wioski, został sprzedany kawałek rządowej łąki, porosłej krzakami pod nazwą „Gród”. Biedniejszym mieszkańcom, chociaż nie wszystkim, sprzedano po 2 hektary, zaś bogatszym po l hekt.
Wszystkim wieśniakom naszym, którym wyznaczono po 1 lub po 2 hektary, dano na wypłatę na 3 lata. Wszyscy powinni zapłacić w ciągu 3-ch lat. Za 1 hekt, w ciągu 1 roku płaci się 16 zł. Wioskowi gospodarze są dosyć zacni ludzie, chociaż mają wiele wad, mianowicie: kradzież. Posiadamy trochę lasu, lecz rok-rocznie, bardzo dużo się niszczy. Źli i niegodziwi ludzie, którzy mało posiadają Swojego, nocą jadą do lasu sąsiada, który ma trochę więcej od nich i kradną mu ile się da. Kradną tyle, że sam gospodarz może przez cały rok tyle na opal i swoje potrzeby nie wyrąbie. Strasznie to wielka krzywda, patrzeć na swój las, który się tak szanowało i oszczędzało w ciągu wielu lat, porąbany przez obcych łudzi. Nie wiedzą, że jak U sąsiada zniszczą, to i ich nie ocaleje, zaś potem trzeba będzie wszystkim kupować. Lecz gdzie kupić? przecie wszędzie drogo. Chyba Bóg ześle im opamiętanie, bo wstyd nam mieć, takich braci sąsiadów.
Jan Biruk
Głos Wileński nr 26, 24 czerwca 1928
Jewsiewicze (pow Lidzki).
We czwartek 7 czerwca, t. j. na Boże Ciało, oraz w niedzielę 10 czerwca odbyło się w naszej wsi przedstawienie teatralne zorganizowane przez koło Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej pod kierownictwem p. Władysława Opolskiego i p. Anny Gadziałówny.
Odegrano jedną sztuczkę pod tytułem „Werbel domowy". Przedstawienie przygotował i należycie opracował z członkami koła, kierownik szkoły powszechnej p. Opolski, który też sam następnie uczęstniczył w przedstawieniu.
Muszę też z uznaniem wspomnieć o innych uczęstnikach przedstawienia, z których na szczególne wyróżnienie zasługują: p. p. Wiktor i Emil Kudosz, Stanisław Kowalczuk oraz panny Jadwiga i Helena Kudoszówny.
Do śpiewu przygrywano na skrzypcach. Po przedstawieniu odśpiewano „Rotę“, poczem uda o się do szkoły, gdzie odbyła się zabawa taneczna. Doprawdy z prawdziwą przyjemnością patrzyło się na zabawę młodzieży, która dziś potrafi zdobyć się na porządną i godziwą rozrywkę.
To też jesteśmy szczerze wdzięczni p. Opolskiemu, który u nas młodzieżą i jej organizacją z poświęceniem kieruje.
Jan Biruk
Druh Stow. Młodz. Polskiej
w Jewsiewiczach.
Głos Wileński nr 49, 02 grudnia 1928
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
Obchodzono uroczyście dziesiątą rocznicę odzyskania niepodległości nietylko po wielkich miastach, lecz i niektóre wioski po swojemu uczciły ten wiekopomny dzień. Do wiosek takich należały również nasze Jewsiewiecze.
Głównym organizatorem święta niepodległości było nauczycielstwo jewsiewickiej szkoły powszechnej w osobach: p. Anny Gadziałówny i p. Władysława Opolskiego. Dzięki ich staraniom i zabiegom w końcu naszej wsi wzniesiono pomnik wyciosany z grubej sosny z żelaznym krzyżem u szczytu. Na pomniku tym umieszczono tablicę z napisem: „W dziesięcioletnią rocznicę odrodzenia Polski".
W dzień święta wszystkie dzieci szkolne odświętnie poubierane z chorągiewkami o barwach narodowych w ręku udały się wraz ze swą nauczycielką, p. Gadziałówną, pod pomnik, u stóp którego złożono figurę Orła Białego. P. Gadziałówna przemówiła do dziatwy słowy tak serdecznemi, że każdego, kto je słyszał, chwytały wprost za serce. Dzieci odśpiewały:. „Boże coś Polskę", „Nie rzucim ziemi..." i hymn narodowy — „Jeszcze Polska nie zginęła". Następnie na zaproszenie p. Nauczycielki udali się wszyscy na przedstawienie do szkoły.
Było to pierwsze przedstawienie odegrane przez uczniów i uczenice szkoły powszechnej w Jewsiewiczach i z prawdziwą radością pochwalić się możemy, że wypadło ono całkiem pomyślnie.Trzeba to przyznać, że nasze nauczycielstwo pracuje z wielką gorliwością i oddaniem się, wiele dobrego tem czyniąc. To też mieszkańcy naszej wioski szczerze im są wdzięczni, co za pośrednictwem „Głosu Wileńskiego" wyrazić pragną i z całego serca życzą, aby Bóg błogosławił ich pracy.
Jan Biruk
Głos Wileński nr 2, 13 stycznia 1929
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
Zwracam się do wszystkich czytelników „Głosu Wileńskiego”. Jak wiadomo, jest nas, czytelników tego poczytnego pisma wielu.
Niektórzy czytelnicy po przeczytaniu chowają gazetę, lecz znacznie więcej je s t takich, co, ja k to sam nieraz widziałem, drą pismo na kawały, dla zawijania czegoś lub na papierosy. Otóż tak robić nie należy. Teraz właśnie rozpoczął się rok nowy i znów każdego tygodnia otrzymywać będziemy świeży numer „Głosu Wileńskiego”. Po przeczytaniu odłóżmy numer, schowajmy go do skrzyni lub szuflady, by nie zagubił się i nie został przypadkowo zniszczony. Gdy w końcu roku wyjdzie ostatni numer, [to należy wszystkie uzbierane z całego roku numery oprawić w jedną całość, a otrzymamy dobrą i pożyteczną książkę. Należy cenić dobrą i pożyteczną gazetę, by uszanować pracę wielu ludzi, co przez cały rok nad jej ułożeniem pracują, by nam dostarczyć potrzebne i ciekawe wiadomości. A ponadto dobre pismo, to jakby przyjaciel, który i korzyść przyniesie, i da w wolnych chwilach godziwą rozrywkę. Nieraz też człek niejedno zapomni, mając zaś pod ręką oprawioną w książkę gazetę, zajrzy do niej, a wnet wszystko w pamięci odnowi. Przypuszczam, że słowa moje zostaną przyjęte przez czytelników „Głosu Wileńskiego” życzliwie i wielu posłucha mojej rady zbierając przez cały rok tak dobre i pożyteczne pismo
Jan Biruk z Jewsiewicz.
Głos Wileński nr 9, 03 marca 1929
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
Rozmaicie się dzieje na tym Bożym świecie. Nieraz się obija o nasze uszy wiadomość dobra, a nieraz słyszymy wiadomości o szkaradnych czynach, zbrodniach i kradzieżach. Ludzie wszędzie się skarżą na ciemnotę i pijaństwo. Wiadomo nam wszystkim, że gdzie jest ciemnota, tam jej towarzyszy przyjaciółka wódka. Zapusty, karnawał to czas zabaw i przyjemności. Przy karnawale są zwykle urządzane biesiady, bale, pijatyka, tańce i tak zwane wieczorynki. Jewsiewicze również nie były wolne od takich zabaw. Dnia 12-go lutego wieczorem odbyła się zabawa taneczna(wieczorynka). Niektórzy z naszej młodzieży źle się bawili na zabawie, szczególnie pewni chłopcy są rozzuchwaleni, zaś wieczorynki bez wódki oni nie rozumieją. Skoro wódka stanie się przyjacielem młodzieży, to zabawą zdrowa nie będzie, lecz powstanie kłótnia, a często nawet bójka.
Otóż po skończonej zabawie, około godziny 11-ej, wywiązała się bójka na ulicy między Kudoszami a Romejkami. Po krótkiej bitwie na pięści Bolesław Romejko zadaje ranę Janowi Kudoszowi, zaś gdy ten począł uciekać dopędza Kudosza i zadaje drugą ranę. Dwie rany zostały zadane w plecy ostrem narzędziem. Pierwsza rana, zadana wyżej, głębokości 11-cie cm, 2-ga niżej głębokości 12 cie cm. Rannego odwieziono do szpitala w Lidzie. Po spisaniu protokołu Bolesławowi Romejce włożono na ręce kajdanki i policja odprowadziła go do Lidy.
Również bardzo się szerzy złodziejstwo. Pomimo nawoływania księży, kradzieżom niema granic. Gdy słońce wieczorem zapada, a ziemię pokryją nocne cienie, wychodzą rabusie, złodzieje i rozbójnicy. Dobrze im pracować w nocy, bo mroki pokrywają ich szkaradne i brudne czyny. Ale kogoż nie powinna przerazić sprawiedliwość Boska, srogo karząca grzeszne zabawy, kradzieże i bijatykę. To też zawsze nie zapominajmy o Bogu, lecz wiernie, wypełniajmy jego przykazania, bo od nas tak wiara nasza wymaga. Bez wyjątku wszyscy katolicy prośmy Boga, by zbłąkanych opamiętać raczył.
S. K.
Głos Wileński nr 12, 24 marca 1929
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
Jak nam wszystkim jest dobrze wiadomem, „Głos Wileński" jest pismem katolickiem i narodowem, a bardzo przytem pożytecznem, zwłasżcza dla ludzi wioskowych, ponieważ w swoich artykułach zawsze pisze zrozumiale i dokładnie. Bardzobym też pragnął, by nasi wieśniacy jak najwięcej takie gazety czytali.
Do was się więc zwracam bracia wieśniacy i z całego serca radzę: czytajcie gazety religijne i narodowe, bo tylko dobra gazeta przynosi człowiekowi pożytek.
W niedzielę, gdy sam jestem w domu, z utęsknieniem oczekuję świeżego numeru „Głosu Wileńskiego", bo w samotności niema nic lepszego na nudy, jak dobra książka lub gazeta. Gdy więc wieczorem zjawia się- ktoś i przynosi świeże gazety, siadam przy stole, prędko rozcinam kartki „Głosu" i czytam ciekawe wiadomości z całego świata. Ale czasem spotyka mnie rozczarowanie z powodu braku gazety, gdyż „Głos Wileński" dochodzi do nas źle. Wiem dobrze, że to nie jest wina Redakcji, która wszystkim sumiennie gazetę wysyła. Przykładów zaginięcia gazety mogę przytoczyć wiele.
Tak właśnie, w roku 19'27 zaprenumerował sobie „Głos Wileński" p. Kowalczuk na cały rok, ale otrzymał zaledwie kilkanaście numerów. Sam ja będąc w Wilnie, w roku 1928 zaprenumerowałem gazetę i zapłaciłem pieniądze za drugie półrocze, a chociaż adres podany był dokładnie, to nie doszło do mnie coś 4 numery. Również w roku 1929-ym już jeden numer zaginął, a nieraz otrzymywałem pismo z porozcinanemi kartkami, pobrudzone lub podarte. Świadczy to niekiedy o tem, że nie brak ludzi, co nie szanują cudzej własności. Piszę o tem, bo prawda, choć przykra, nigdy się nie ukryje. W naszej gazecie „Głos Wileński" piszą ludzie uczeni, ale też piszą i prości wieśniacy. Więc i ja posyłam ten list w nadziei, iż Szanowna Redakcja nie odmówi mej prośbie i list ten wydrukuje.
Czytelnik „Głosu Wileńskiego
10 II 1929 r. Jan Biruk
Głos Wileński nr 29, 21 lipca 1929
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
Dnia 4 lipca pomiędzy godziną 10 - 11 wieczorem szalała nad Jewsiewiczami burza. Ludzie naturalnie siedzieli po domach prosząc Boga o odwrócenie nieszczęścia. Wtem rozległ się straszny huk. To piorun uderzył w dom Michała Musiejki, który znajdował się wraz z żoną i dziećmi w chacie. Gdy ludzie nieco oprzytomnieli, zobaczyli, iż żona Musiejki, Józefa, leży martwa, rażona piorunem. Jednocześnie spostrzeżono, że dom się zaczął palić. Zbiegli się ludzie z całej wsi, lecz pomimo, że dach, kryty słomą, był mokry, jednak ogień szerzył się z niebywałą szybkością i przeniósł się niebawem na budynki gospodarcze. Ledwo zdołano wynieść ciało zabitej piorunem Józefy Musiejko i wyprowadzono z zabudowań żywy inwentarz. Reszta dobytku wraz z zabudowaniami padła pastwą płomieni. Ocalała tylko stodoła. Nieszczęśliwy Michał Musiejko stracił więc nie tylko żonę, ale pozostał ponadto bez dachu nad głową i bez środków potrzebnych na odbudowanie spalonego gospodarstwa. Muszę zaznaczyć, że w Jewsiewiczach brak jest piorunochronów. Może też ostatni wypadek przekona ludzi, jak one są potrzebne i jak się opłaca wydatek na ustawienie tego przyrządu ratującego od ognia pioruna. Z pewnością, gdyby na domu pana Musiejki był piorunochron, to nie spotkałoby jego i rodzinę takie straszne nieszczęście.
Jan Biruk
Głos Wileński nr 33, 18 sierpnia 1929
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
Pisałem w swoim czasie w Głosie Wileńskim o pożarze, który powstał u nas od uderzenia pioruna i o śmierci żony Michała Musiejki, Józefy, którą piorun zabił. Wypadek ten ludzi nastraszył i rozumu nauczył, bo na zebraniu wiejskim uchwalono postawić piorunochrony, Zebrano pieniądze i zwrócono się do p. starosty, by wyznaczył nam odpowiedniego majstra, który piorunochrony umiałby ustawić. Pan starosta wskazał p. Maciszewskiego i pod jego kierownictwem dnia 27 lipca ustawiono 6 piorunochronów. Było to zamało, więc na 1 sierpnia zwieziono jesz cze słupów i ustawiono 7 piorunochronów tak, że razem jest ich 13.Jednakże niektórzy mieszkańcy odmówili składek na piorunochrony nie rozumiejąc, że to o ich własną korzyść się rozchodzi. Postawienie każdego piorunochronu kosztuje przeszło 70 zł., czyli razem około 1000 zł., a ponieważ jest u nas 75 mieszkańców, więc na każdego wypadło około 15 zł. Jest to naturalnie pieniądz niemały, ale korzyść z tego wydatku jest tak wielka, że chyba tylko dziecko nie zrozumie. Niestety u nas tego ludzi dorośli nie chcą rozumieć. Gdzie oni mają rozum? Ciemnota jeszcze na wsi panuje wielka. Piszę o tem, bo może to na ludzi wpłynie.
K. Musiejka
Głos Wileński nr 34, 25 sierpnia 1929
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
Niedawno wydarzył się w naszej wsi następujący oburzający wypadek. Mamy we wsi dwóch chłopców, a mianowicie Piotra Czarnousa i Stanisława Ciesto. Jeszcze w zimie posprzeczali się oni pomiędzy sobą i Czarnous na zebraniu pobił Ciestę, który postanowił zemścić się. Poszedł on do wojska, lecz w lipcu przyjechał do domu na urlop. Otóż wypadło Czarnousowi i Cieście paść razem koni. Skorzystał z tej sposobności Ciesto i napadł na Czarnousa, gdy ten leżał i zaczął go bić jakąś sprężyną zakończoną nadomiar drutem, zadając tym sposobem szereg ciężkich i szpetnych ran na twarzy. Nieszczęśliwy Czarnous nie był w stanie podnieść się, a wieczorem tegoż dnia odwieziono go do szpitala. Ciestę zabrała policja drugiego dnia rano. Lecz jakież było zdziwienie powszechne, gdy ten bandyta tegoż dnia wieczorem powrócił. My tu wszyscy się oburzamy, że pozostawiono Ciestę na wolności, bo taki łotr chodzi po wsi swobodnie i ze sprawiedliwości się wyśmiewa. Dość u nas ludzi chodzi pokaleczonych w czasie wojny światowej i nawały bolszewickiej. Ale to były czasy wojenne, teraz zaś, chwała Bogu, panuje spokój i chyba bezkarnie ludzi kaleczyć nie Wolno.
Czytelnik Głosu.
Głos Wileński nr 43, 27 października 1929
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
Spotkało naszą wieś w tym roku wielkie nieszczęście. Oto od 9 lat mieściła się w naszej wsi szkoła powszechna, a od 1924-go roku było aż 2 szkoły. Raptem w tym roku skasowano obydwie szkoły i przeniesiono jedną do Małgon, a drugą do Jencewicz. Są to wioski mniejsze od naszej i mało mają dzieci, najwyżej po 40, gdy u nas w Jewsiewiczach liczba dziatwy w wieku szkolnym przekracza 60, bo mamy przecież 76 gospodarstw. Co jednak jeszcze ważniejsze to to, żeśmy dali w swoim czasie plac pod szkołę. Plac ten mieści się w doskonałym punkcie przy lesie obok sadzawki. Pocośmy tedy ten plac dawali, by po dziewięciu latach zabrano od nas szkołę? Składaliśmy podanie do p. kuratora w Wilnie, ale już sporo czasu minęło, a odpowiedzi żadnej niema. Co mamy z tem robić? Może Szanowna Redakcja udzieli nam jakiej rady? Może znajdzie się jak i prywatny nauczyciel, który zgodziłby się uczyć dzieci. Damy mieszkanie i będziemy stołowali, a nawet płacić za naukę jesteśmy gotowi, niech tylko powie, co chce zapłaty od dziecka. Jest u nas dzieci do nauki 60, mamy w szkole ławki, mapy, bibljotekę. Wszystko to nabyte za własne pieniądze jeszcze wówczas, jak szkoła mieściła się u nas. Oczekujemy z niecierpliwością odpowiedzi.
K. Musiejka.
Sprawę postaramy się wyjaśnić w Kuratorjum i w następnym numerze „Głosu” zamieścimy odpowiedź.
Redakcja.
Głos Wileński nr 22, 01 czerwca 1930
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
Już kawał czasu mija, jak pisałem ostatni raz do „Głosu Wileńskiego*, ale teraz znów przysyłam Szanownej Redakcji słów parę o naszem życiu z prośbą o wydrukowanie w Głosie Wileńskim. W tym roku przeżyliśmy ciężkie czasy, bo mieli od nas zabrać szkołę i przenieść do Jancewicz, a w 1929-ym roku mieliśmy w Jewsiewiczach aż 2 szkoły i wszyscy z tego byli bardzo zadowoleni. A tu raptem mieli nam zabrać obydwie szkoły wraz z całym urządzeniem, ławkami, bibljoteką, którą samiśmi pod kierunkiem nauczyciela, p. Opolskiego, zorganizowali. Cośmy się nachodzili i naprosili, zanim udało się nam przynajmniej jedną ze szkół obronić przed przeniesieniem do Jancewicz. Przed p. Opolskim mieliśmy nauczycieli słabych i dopiero on potrafił ludzi zachęcić do pracy. Zorganizował w 1927-ym roku Stowarzyszenie Młodzieży Polskiej, urządzał odczyty, przedstawienia, zabawy, dochód z których właśnie na zorganizowanie i powiększenie bibljoteki miałby być zużyty. To też zawsze z wdzięcznością sobie p. Opolskiego wspominamy. Również dobre wspomnienie pozostawił po sobie jego następca, p. A. Antoniewicz, który był w naszej szkole w roku 1928-ym. Główna zasługa p. Antoniewicza było zorganizowanie u nas chóru kościelnego. Teraz, po jego wyjeździe, również go mile wspominamy, gdy słuchamy podczas Mszy św., jak ładnie śpiewa zorganizowany przez niego chór. Obecnie mianowano do szkoły w Jewsiewiczach p. Jana Puto, który również okazał się godnym następcą swych poprzedników. Rozpoczął p. Puto swoją pracę w warunkach niesprzyjających, bo z 2-miesięcznym opóźnieniem, lecz odrazu zabrał się do roboty, by czas stracony powetować. Nie żałował on swego czasu, ani pracy i pracował nietylko w szkole, lecz i poza godzinami nauki, kierując pracami koła Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej. Na 3-go maja zorganizował uroczysty obchód połączony z przedstawieniem i zabawą taneczną, z których dochód był spory, a użyto go na urządzenie małej apteczki domowej w szkole i sprowadzenie dla koła młodzieży jaj kur zielononóżek, sztucznego nawozu i nasion gatunkowych kartofli, czyli ziemniaków. Ludzie u nas w Jewsiewiczach pracę p. Puto potrafili należycie ocenić i za pośrednictwem „Głosu Wileńskiego" przysyłają mu wyrazy prawdziwej i szczerej wdzięczności, prosząc Pana Boga, by mu raczył dopomóc i pobłogosławić w pracy dla dobra naszej wsi i naszej dziatwy.
Kazimierz Musiejka.
Głos Wileński nr 35, 31 sierpnia 1930
Jewsiewicze (pow. Lidzki).
Wszyscy u nas narzekają wciąż na ciężkie czasy. Może i słusznie, ale ja dziś nie o złych czasach, tylko o tem, co można nawet w najgorszych czasach zrobić, chcę pisać. Otóż za polskich czasów wiele dróg u nas wyreperowano, a choć uciążliwa i kosztowna to praca, to jednak bardzo my rządom polskim jesteśmy wdzięczni za dbanie o drogi, bo przecież na dobrej drodze nawet większy ciężar byle konik pociągnie, gdy na złej para z mniejszym może stanąć lub z trudnością się wlecze. Również wciąż wydawane są przez władze nakazy o zasadzeniu przy drogach drzewek. Rozporządzenie mądre i słuszne. Drzewo nie tylko drogę ozdabia, ale też nieraz człowiekowi wielką przysługę oddać może. Pomyśl sobie, czytelniku, że oto wyjeżdżasz w zimie drogą z lasu na pole. A tu zadymka, drogę zasypało i na kilka kroków już nic nie widać. Z jakąż ulgą wjedziesz wówczas na drogę zasadzoną drzewami i odrazu masz pewność, że jedziesz dobrze, że nie błądzisz po manowcach i spokojnie popędzasz konika. Albo w lesie, gdy upał doskwiera, czy nie przyjemniej jechać lub iść w cieniu drzew niż się prażyć na śpiekocie? Chyba sprawa dla każdego jasna. A jednak proszę przyjrzeć się naszym drogom i zasadzonym przy nich drzewom!Naprzykład, gdy się idzie nie tak znowóż dawno naprawioną groblą jewsiewicką. Wprost żal bierze: Drzewka poobłamywane, poszarpane, brzegi drogi poobsuwane i zniszczone. A kto to zrobił? Przecież nie jacyś przyjezdni z miast, tylko swoi, wioskowi. I pamiętajmy też, że w ten sposób marnujemy własną pracę i własny grosz płacony w postaci podatków drogowych, a potem dziwimy się, że czasy ciężkie przychodzą. Narzekać ma prawo tylko ten, kto sumienie sam ma całkiem czyste, ale tu na przykładzie dróg wykazałem, że sama ludność wielce się do własnej biedy przyczynia. To też starajmy się, pomimo ciężkich czasów, dbać o własne dobro i nie niszczyć nie marnować tego, co dla naszej korzyści zostało zrobione. Pilnujmy więc, żeby nie niszczono u nas drzewek i nie psuto rozmyślnie dróg.
Jan Biruk